Date: 3/19/2018
By xanelle
Spawn w mieszkaniu, moim nie moim. Spotkałam przed swoim pokojem „kolegę” palącego papierosa. Wydał mi się jakby wyrwany z kontekstu, jednak palił papierosa po prostu cicho mnie obserwując. Jak gdyby nigdy nic, wraz z początkiem snu, przeszłam do swojego pokoju (wygląd po przestąpieniu progu: stół na srodku pokoju, wejście było za mną, kanapa na lewo od stołu, mini aneks kuchenny przy prawej ścianie z przodu, a ściana na przeciwko mnie była nieistotna. Za to za mną, jakbym się dokładnie odwróciła i popatrzyła na drzwi, to na lewo od nich tak jak podłużne lustro mogłoby tam wisieć, tak znajdowało się okno z cienkiej szyby) i posiedziałam chwilę na kanapie (trochę jak zombie, ładował się jeszcze świat w mojej głowie, a może zdawałam sobie z czegoś sprawę). To było w jakimś dziwnym domu, także w dziwnym moim „wewnętrznym domu” (miałam inną przeszłość niż teraz -> brak danych o rozwodzie rodziców, byli dalej razem, szczęśliwi jak w bajce). Miałam kuchnie w tym pokoju ale ona była tak jakby dzielona, a współlokatorami byli moi rodzice właśnie (tylko ze nie teraz). Byłam głodna. Miałam wielką ochotę na słodką drożdżówkę z jabłkami które właśnie jakaś miła, uśmiechnięta, bogata para lubiła robić przy moim stole (czytam co napisałam ponownie - to byli moi rodzice). Widziałam jak je robią i jak się dobrze bawią, nie wiem w którym momencie snu (edit: to było prawdopodobnie wspomnienie tamtej mnie, jednak niekoniecznie pochodzące z przeszłości. To była jedna z prawd w tej rzsxywistości). Drożdżówki w tamtych obrazach wyglądały tak soczyście i pysznie. Wiec zrobiłam najpierw sobie tosty francuskie, które położyłam na blacie (oczywiście po to, aby najpierw objeść się mniej słodkimi rzeczami - żeby koniec końców zjeść mniej słodyczy, tak jakbym postąpiła w prawdziwym świecie). Zrobiłam je szybciutko i na automacie, nawet tego nie pamiętałam za bardzo w samym śnie. Później chciałam zrobić słodkie pancake’i aby zrekompensować sobie tą ochotę na słodkie. Jak skończyłam to postawiłam patelnie na desce do krojenia na stole, na środku pokoju. Ta się jednak momentalnie zwęgliła i zaczęła przypalać po bokach. Wystraszyłam się i szybko odniosłam patelnie, zaczęłam podnosić na wpół zwęgloną deskę która zaczęła się łamać (odniesienie do tego ze w prawdziwym życiu znalazłam w pudełku na nakrętki kawałek drewna i go wyrzuciłam. Przeszło mi przez myśl, ze meble się rozpadają). Chciałam ją tak jakby podnieść całą, ale podniosłam tylko pół. Pomachałam tą połową w powietrzu, a gdy żar przygasł (tak wiem, gdzie te prawa fizyki?), położyłam ją na podłodze. Tak samo zrobiłam z drugą połową. Gdy położyłam ją obok pierwszej na ziemi, żeby móc posprzątać na stoliku, obydwie zaczęły się na raz ponownie żarzyć + dokładnie w tym momencie dostrzegłam/pojawiły się na ziemi dywany takie jak w moim prawdziwym pokoju na Stawowej. Zaczęłam już obracać deski żeby szybciej wystygły, ale one zaczęły się wtapiać w podłogę. W końcu zaczęły gasnąć i wyrzuciłam 1 część. Skończyłam z widokiem takim: na prawo od stołu były dwa czarne, wypalone kwadraty na ziemi. Początkowy kształt deski nijak miał się do wielkości pozostałych mi zepsutych części czy kształtów na podłodze. Jeden z wypalonych kwadratów przebił się całkowicie przez dywan i tak jakby wtopił się w podłogę. Chociaż nie było dziury (fizycznej różnicy poziomów pomiędzy uszkodzonym miejscem a resztą podłogi) to ta część deski przetopiła strukturę mojej podłogi tworząc w niej 2 dziurki. Pierwsza wielkości przebicia podłogi igłą i 2gą, niewiele większą. Co ciekawe w pokoju panował półmrok (odkąd sen się „popsuł” - gdy coś zostało popsute, zwęglone), a z wyrw w podłodze biło białe światło. Bardzo mnie ciekawiło dlaczego i co znajduje się po drugiej stronie. Wiec przyłożyłam oko do tej większej dziurki. Jednak była tak mała ze nie widziałam nic poza światłem. Przekręcałam się jak się dało nad dziurką i świdrowałam ją wzrokiem chcąc wydobyć z obrazu światła choć najmniejszy kształt. Wyobrażałam sobie, ze może siedzieć tam kobieta, albo chociaż dostrzegę linię która byłaby czymkolwiek, jakim kolejek odniesieniem, informacją. Jednak daremne były moje próby i w końcu się poddałam. Dwa wypalone kwadraty jeden nad drugim symetrycznie ułożone przed moimi kolanami, a na prawo od nich pozostała cześć deski która zgasła pierwsza (symbolika wyższej świadomości obecnej tutaj, te kwadraty, jakby stan życzy został idealnie zaplanowany a widok ten miał mi pozostać w pamięci. Stąd też wywodzi się moja fiksacja na temat ufo jak sądzę, jednak nie wiem, jak się to łączy z całością, choć jest to jej elementem). Gdy podniosłam ją żeby wyrzucić, okazało się ze ta wyrządziła w podłodze jeszcze większe szkody. Mianowicie: dywan wytopiony, a w podłodze dziurka 6mmx2mm. Większa niż pozostałe. Na tyle aby móc przebić się przez tajemnicę światła. Odłożyłam deskę gdzies, aby zwolnić ręce i jak w transie liczyła się dla mnie tylko magiczna dziurka. Przyłożyłam oko: światła nie było, stało się wyssane i nieważne (jakby prawda nie potrzebowała magii i chciała mi to udowodnić), choć wcześniej wydawało się takie prawdziwe, jak gdyby fizyczne i tak istotne. Jednak to co zostało na pewno, co było na pewno, to było odbicie mnie przed dziurką, i to jak wwiercałam się w nią nią wzrokiem. Moja twarz była tak własna i tak obca gdyż w swej magicznej prawdziwości, nie kopiowała każdego mojego ruchu i drgnięcia, jak byłoby to w prawdziwym lustrze. Co jednak ważniejsze, w tej dziurce za mną po lewej stał chłopiec. Gdy go zobaczyłam wszystkie puzzle w głowie mi się poukładały, wiedziałam dlaczego tu jestem i skąd biorą się moje obawy (znałam swoje miejsce w zbiorze, jednak zdałam sobie sprawę ze nie chce należeć do zbioru. Inni w zbiorze są zbyt inni, są tacy sami ale inni ode mnie). Chłopiec miał na czole znak trójkąta z okiem w środku (ok 8 lat, blond włosy i jasne, złoto-coś oczy). Wzrok miał skierowany prosto we mnie, beznamiętny, choć może była tam nuta obrzydzenia (typowy obraz w moim przekonaniu istoty bardziej inteligentnej spoglądającej na tą mniej). Mimo „momentu oświecenia” który trwał tyle co nic, byłam po prostu przerażona. Spojrzałam w zakrzywione lustro pod podłogą mojego pokoju, „jednak lustro to lustro!”, krzyczało moje ziemskie przekonanie, „więc za mną ktoś był!”. Ze strachu bolało mnie serce gdy jak najszybciej podniosłam się sprzed dziurki i spojrzałam za siebie. Dalej niż w odbiciu, mianowicie za oknem, stał ów chłopiec (w tym miejscu słowo karykatura wydaje się odpowiednie, chodź obraz wyglądał na prawdziwy. Moje wypaczone przekonania, podrzędne uczucia odnoszą się do tego słowa, gdyż karykaturą praw było dokładnie uczucie, które wywołało obraz za mną), byłam przerażona tak bardzo ze nie zauważyłam jak zniknął zaraz potem. Wiedziałam ze oko i chłopiec są częścią mnie której nie potrafię zaakceptować. Wiec wyszłam z pokoju, korytarz był ciemny, pusty, majestatyczny i szeroki, oprawiony czarnym drewnem, sufit był wysoki i go nie widziałam. Na lewo były drzwi wejściowe do mieszkania, na wprost wejście do kuchni. Na korytarzu stał „kolega” palący papierosa, grała kiczowata figlarno-mdła muzyka. Powiedziałam zła do niego „koniec imprezy”, a gdy popatrzył na mnie, „wynoś się”. Weszłam pewnym krokiem do kuchni (z 2 osoby na srodku). Na wprost było wejście na balkon (3-4 osoby) spytałam się ludzi gdzie Tomek (moje mieszkanie to i mój współlokator). Powiedzieli mi ze w swoim pokoju. Po prawej po wejściu do kuchni z korytarza, było przejście do pokoju Tomka. Podeszłam pod jego drzwi i popatrzyłam się wgłąb pokoju. Był tam i Tomek, oddalony jakby i mały, z ok 5 osobami. Cały pokój był dziwny i mogłam się na niego patrzyć tylko pod kątem, przez co nie widziałam go dobrze. Do nich tez powiedziałam, ze koniec imprezy, mają się wszyscy wynosić. Wszyscy mnie posłuchali i jak lalki wstali, jeśli siedzieli i wszyscy, włącznie z Tomkiem, opuścili mieszkanie.